Jun 13, 2026

🔴 NAJDROŻSZY MUNDIAL W HISTORII. ŚWIĘTO DLA CAŁEGO ŚWIATA, NA KTÓRE POŁOWA ŚWIATA NIE MA JAK WEJŚĆ

Dla części krajów wprowadzono kaucje wizowe — od 5 do nawet 15 000 dolarów depozytu, zwracane dopiero, jeśli turysta grzecznie wyjedzie. A czas oczekiwania na samą wizę turystyczną dla kibica z Brazylii, Kolumbii czy Turcji sięga od 600 do 700 dni.

Dostajesz zaproszenie na największą imprezę świata. Masz ważną wizę. Masz akredytację. Czeka na ciebie boisko.

Lądujesz w Miami.

A po kilku godzinach wsadzają cię z powrotem do samolotu. Do Stambułu.

Tak skończył się mundial dla Omara Artana. Pierwszego Somalijczyka w historii wyznaczonego na sędziego mistrzostw świata. Taki ich Szymon Marciniak.

Ważna wiza nie wystarczyła. Amerykańska straż graniczna uznała go za — cytuję — “osobę niedopuszczalną.”

A kilka tysięcy kilometrów dalej zwykły kibic patrzy na bilet na finał za prawie 11 000 dolarów i zastanawia się, czy to żart.

Na papierze to ma być święto dla całego świata.

W praktyce coraz bardziej wygląda na imprezę, na którą połowa świata nie ma jak ani po co wejść.

Komu właściwie ma służyć ten mundial?

No właśnie.

Maszyna do drukowania pieniędzy

FIFA spodziewa się z samego turnieju około 9 miliardów dolarów. W całym czteroletnim cyklu — blisko 13. Rekord, jakiego w futbolu nie było.

A ile to wszystko kosztuje samą FIFA? Budżet operacyjny całego turnieju to około miliard dolarów.

Czyli organizacja największego wydarzenia sportowego planety kosztuje federację mniej więcej tyle, ile zarabia ona w dwa, trzy tygodnie sprzedaży biletów.

To nie jest turniej.

To maszyna do drukowania pieniędzy z logo piłki.

FIFA siedzi na rezerwach rzędu 4 miliardów dolarów. A pakiet wynagrodzenia Gianniego Infantino przekroczył w ostatnim raporcie 4,6 miliona — po podwyżce pensji podstawowej o jedną trzecią.

To człowiek, który tłumaczy wysokie ceny biletów troską o rozwój futbolu. I przy okazji bierze 33% podwyżki.

Sam nazwał ten turniej “najwspanialszym wydarzeniem w historii ludzkości.” Lubi takie zdania. Przy innej okazji policzył, że 104 mecze w 39 dni to jest jak 104 finały Super Bowl.

I z perspektywy kasy federacji ma rację. Im więcej drużyn, im więcej meczów, tym więcej treści do sprzedania. Dlatego turniej spuchł z 32 do 48 zespołów i z 64 do 104 spotkań.

Kto realnie klepie kasę

Bo zaraz ktoś powie: dobra, FIFA słaba, ale przecież na takim turnieju zarabia mnóstwo firm.

Prawda. Tylko że to nie FIFA. To spółki, które obsługują cały ten cyrk dookoła.

Pierwsza nazwa — Visa. Oficjalny partner płatniczy FIFA od blisko 20 lat. Visa nie sprzedaje wam piwa ani koszulek. Visa pobiera myto od każdej transakcji. Kibic płaci kartą za bilet, hotel, jedzenie, pamiątkę — a procent zostaje na liczniku. Najbezpieczniejszy biznes na tym mundialu, bo nie zależy od tego, kto wygra.

Druga — Coca-Cola. Partner FIFA nieprzerwanie od 1978 roku, z wyłącznością na napoje. Pepsi w tym turnieju w ogóle nie istnieje.

Trzecia kategoria — hotele. Marriott, Hilton, Hyatt. Przychód na pokój ma w miastach-gospodarzach skoczyć w czerwcu i lipcu o kilkanaście, miejscami nawet o ponad 20%.

Do tego wypożyczalnie aut — bo blisko 60% meczów gra się w miastach, po których nie da się poruszać inaczej niż samochodem. Pieszo nawet nie dojdziesz.

I jedna uczciwa uwaga, bo my tu nie sprzedajemy marzeń. Część tych spółek urosła już zawczasu, na samym oczekiwaniu. Realne rezerwacje wyszły potem bardziej mieszane.

Narracja to jedno. Zaksięgowany przychód to drugie.

Kto za to płaci

I tu jest najlepszy trik całego modelu.

FIFA zgarnia przychód centralnie — transmisje, sponsoring, bilety. A koszty — bezpieczeństwo, transport, stadiony, strefy kibica, służby, logistyka — spadają na miasta i rządy gospodarzy.

W Kanadzie rządowe wsparcie oszacowano na ponad miliard dolarów kanadyjskich. Przy 13 meczach wychodzi około 82 miliony za jeden mecz. Z publicznej kasy.

A teraz historia, którą warto znać, zanim ktoś powie wam, że mundial to żyła złota.

Recenzowane badanie przejrzało 14 mistrzostw świata rozegranych między 1966 a 2018 rokiem. Wynik: 11 z nich przyniosło gospodarzom deficyt budżetowy.

Organizator prawie zawsze dopłaca.

Zarabia FIFA. Dopłaca podatnik.

Sam parking przy stadionie potrafi kosztować od 200 do 300 dolarów za miejsce na jeden mecz. Tysiąc złotych za postawienie auta.

A umowy? Przegląd kontraktów miast-gospodarzy w USA pokazał, że samorządy często podpisywały je, nie znając do końca szczegółów. Tych szczegółów nie znali też ich mieszkańcy. A to oni ostatecznie zapłacili.

Witaj, zapłać i spadaj

Wróćmy do Omara Artana. Bo jego historia to nie wyjątek. To zapowiedź.

Sędzia z ważną wizą, wyselekcjonowany przez FIFA, zawrócony w Miami. Sama FIFA przyznała, że była bezsilna.

A teraz Iran. Zawodnicy dostali wizy jakieś 10 dni przed pierwszym meczem. Część sztabu nie dostała ich wcale. Rozwiązanie jest tak absurdalne, że trzeba je powiedzieć wolno:

Iran stacjonuje w Meksyku. Na mecz wjeżdża do Stanów. Rozgrywa spotkanie. I wraca na południe od granicy.

Reprezentacja mundialu jako goście, których wpuszcza się na jeden wieczór i odprawia.

Irakijski napastnik zatrzymany na kilka godzin na lotnisku w Chicago — z przeglądaniem telefonu włącznie. Fotograf reprezentacji Iraku przetrzymany 10 godzin i ostatecznie niewpuszczony. RPA z takimi opóźnieniami wizowymi, że minister sportu nazwał to publicznie kompromitacją.

A Infantino?

Przy sędzim rozkłada ręce: “Byliśmy bezsilni.” W tej samej rozmowie chwali się, że to on osobiście załatwił wjazd reprezentacji Iranu.

Przy jednym bezsilny, przy drugim wszechmocny. Wybierzcie sobie wersję, która akurat pasuje.

Dla fana z Brazylii — kraju, który futbolem oddycha — kolejka po wizę jest dłuższa niż dwa lata.

A wisienka? W 2018 roku, walcząc o prawo do organizacji turnieju, amerykańska strona zagwarantowała FIFA, że wszyscy zawodnicy, oficjele i kibice ze wszystkich krajów wjadą bez dyskryminacji.

Osiem lat później sędzia z ważną wizą wraca do Stambułu, a Iran nocuje w Meksyku.

Obietnica i wykonanie to dwie różne historie.

Gra w klasy na pół kontynentu

Załóżmy, że masz wizę, masz bilet i wpuścili cię do środka.

Gratulacje.

Teraz czeka cię gra w klasy na pół kontynentu. 16 aren rozciąga się na blisko 2800 mil. Cała Europa z północy na południe ma jakieś 2100.

Gospodarz Meksyk przejedzie w fazie grupowej około 625 mil. Reprezentacja Curaçao — ponad 6200. Dziesięć razy więcej.

Cztery strefy czasowe. Dziesiątki godzin w samolotach. Jetlag jako element taktyki.

A do tego upał. Część meczów zaplanowano w samo południe, w pełnym słońcu — bo tak pasuje telewizji po drugiej stronie planety. Czyli nam.

20 ekspertów od zdrowia i sportu wysłało do FIFA list otwarty. Politykę dotyczącą upału nazwali wprost niewystarczającą i grożącą zawodnikom przegrzaniem.

Żeby zadowolić oglądalność na drugim końcu świata, każe się ludziom grać w warunkach, przed którymi eksperci otwarcie ostrzegają.

Bilety, czyli osobny rozdział wstydu

W ofercie przetargowej obiecywano finał za maksymalnie około 1550 dolarów.

Realnie najtańszy standardowy bilet na finał sięgał blisko 5800. Najdroższe miejsca — prawie 11 000. Cztery lata temu w Katarze bilety zaczynały się od kilkudziesięciu dolarów.

Po fali krytyki FIFA dorzuciła kategorię za 60 dolarów. Kilkaset miejsc. Na stadionie mieszczącym 80 000.

No wow.

A na własnej platformie odsprzedaży federacja inkasuje 15% prowizji — i od kupującego, i od sprzedającego. Na jednym bilecie potrafi zarobić dwa, trzy razy.

Efekt? Dni przed startem mówiło się o jakichś 180 000 niesprzedanych biletów.

I tu uczciwie, bo prawda jest niewygodna w obie strony. Chętnych było mnóstwo — FIFA chwaliła się 150 milionami zgłoszeń w dwa tygodnie. Popyt jest realny.

Problem w tym, że federacja potraktowała ten popyt jak coś, co można doić bez końca.

Sedno

Z jednej strony fasada. Infantino: “najwspanialsze wydarzenie w historii ludzkości.” Liczby z konferencji — 30 miliardów dla gospodarki, 200 000 stałych miejsc pracy z imprezy, która trwa 39 dni.

Z drugiej realia. Sędzia z ważną wizą odesłany z Miami. Reprezentacja Iranu nocująca w Meksyku.

Kibic z Brazylii w dwuletniej kolejce po wizę. Bilet na finał za 11 000 dolarów i 180 000 pustych miejsc.

To nie jest święto dla całego świata.

To impreza, na której świat ma zapłacić, popatrzeć i wrócić do domu, zanim skończy się ważność wizy. A garstka VIP-ów będzie się bawić w klimatyzowanych lożach. Za darmo.

A kto zarobi? Nie kibic. Nie gospodarz. Ci, którzy pobierają myto — federacja i kilka globalnych spółek.

Na każdym wielkim święcie ktoś stoi przy kasie, a ktoś za nie płaci.

Sztuka polega na tym, żeby wiedzieć, po której stronie bramki się stoi.

Świat jest inny, niż wam się wydaje.

Nie wszystko trzeba rozumieć.